Asceza kuchenna, czyli jak walczyłam z kaloriami, a one ze mną

Asceza kuchenna, czyli jak walczyłam z kaloriami, a one ze mną

Od tygodnia po raz pierwszy kontroluję ilość spożywanych kalorii. Jakie są moje wnioski? Ogólne główne wrażenie to uczucie przerażenia.

Jeny! Nie sądziłam, że wszystko jest tak kaloryczne. A myślałam, że jem zdrowo, bo od ponad pięciu miesięcy moje śniadanie to musil z jogurtem naturalnym. Tylko okazuje się, że to moje super zdrowe musli z suszonymi owocami zawiera ponad ¼ cukru na 100 g. No dziena. Myślałam, że sobie wpiszę moje fit śniadanko i wyjdą jakieś zdawkowe kalorie, coś typu TicTac albo nawet 10 TicTacków. Ale nie 300! To jakiś skandal, miska musli z owocami i jogurtem naturalnym wyszła mi prawie 600 kcal. A mój dzienny limit to ok. 1500-1700.

Także jest 8:00 rano, a ja zjadłam 600 kalorii i jestem głodna. No dobrze… Zaczynam czytać, bo przecież chcę i muszę jeść. Co jest faktycznie „lajt” i czego ilość mogę zjeść po prostu dużą. Żeby jeść – podkreślam to, bo jak jestem głodna myślę o Grześkach w czekoladzie. Tych w rozmiarze mega.

A prawda jest taka, że mój błogosławiony metabolizm był zawsze moim przyjacielem na zasadzie, że mogę jeść ile chcę, a wciąż jestem szczuplutka. Całymi latami ważyłam 56 kg przy 173 cm wzrostu. Ile ważysz? 56! Zawsze, ilekroć wchodziłam na wagę. A potem się zaczęło…. a raczej powinnam powiedzieć, że skończyło. Pamiętam jak kiedyś szefowa pewnej restauracji, w której zdarzyło mi się kilka razy pracować po liceum, powiedziała mi, a raczej postraszyła, że ona tak samo mogła wszystko jeść i nie tyła – do czasu ciąży. I że ze mną też tak będzie.

Nie wiem czy to była jakaś czarownica, ale beztroskie futrowanie skończyło się jeszcze przed ciążą, a brzuch zaczął się powiększać jeszcze kiedy wcale nie było w nim rozwijającego się życia. To był rozwijający się tłuszcz. I muszę przyznać, że rozwijał się w tempie przerażającym. Nie to, żebym była gruba. To określenie raczej nie dotyczyło mnie jako tak, ale zmiana w przemianie materii i odkładaniu tłuszczu była znaczna i widoczna. Alert i alarm, czerwone światła. Game over.

Ale przyszedł czas ciąży i, mówiąc jak najbardziej wprost – olałam to. Olałam to, bo ciąża to stan błogosławiony. Olałam to, bo miałam zachcianki i chciałam je realizować jako kobieta ciężarna. Przecież nie od parady jedno z pytań ciążowych brzmi – czy masz ochotę na pączka z ogórkiem kiszonym? Ja nie miałam ochoty na oba naraz, ale osobno? Oczywiście, proszę mi podać!
Jednak największą chcicę wywoływały we mnie słodycze – zwłaszcza pod koniec ciąży. Mega Grzesiek był wtedy moim najlepszym przyjacielem. Kochał mnie, a ja jego. Lgnęliśmy do siebie jak wariaci. Dwa, trzy razy dziennie pojawiał się obok mnie pocieszając, krzepiąc, dając siłę i uśmiech.

A teraz minęło pół roku od kiedy jestem matką. Matką z dzieckiem na świecie, nie w brzuchu. I naprawdę nie wiem kiedy to się zadziało, że część tego brzucha zdecydowała jednak ze mną pozostać. Początkowo łudziłam się zmianą, bo naczytałam się, że przy karmieniu piersią samoczynnie w końcu się schudnie do wagi sprzed ciąży. OK, ale są dwa problemy. To mogłoby mnie dotyczyć, ale nie podejrzewam, że naukowcy uwzględnili w swych wyliczeniach romans z Mega Grześkiem, a po drugie moja waga sprzed ciąży była już o jakieś 4-5 kg wyższa niż w wyjściowej pozycji. Damn it, cholera i jeszcze gorzej – pomyślałam – jestem zgubiona! Mega Grzesiek mnie omamił i zostawił z brzuchem. Tylko tym razem to ja go odrzucam! Odrzucam chama jednego! Nie będzie mnie pasł jak jakiś feeder.

Przejrzałam przepisy z Kwestii Smaku w kategorii FIT. Nie wiedziałam, że taka tam jest! Jak zawsze receptury Pani Asi zachwycają doborem składników, więc czuję się zainspirowana. Następnego dnia rano, po szoku kalorycznym musli z jogurtem postanawiam zrobić sobie owsiankę. Jednak jako, że dla mnie jedzenie jest przede wszystkim przyjemnością i musi mi smakować, to nie mogą być to płatki owsiane zalane wodą – albo co gorsza mlekiem, którego nienawidzę i nie piję. Mleko dla mnie nie istnieje. Płatki, owszem, wodą zalewam, ale dodaję do nich garść suszonych śliwek, banana i trochę miodu (ej, to nie jest biały cukier, ale zdrowszy cukier!). Wszystko ważę, wpisuję dane do magicznej aplikacji. 828. Osiemset dwadzieścia osiem kalorii! To tylko udowodniło jak bardzo nie znam się na tych rzeczach. Jak bardzo myliłam się myśląc, że przechytrzę kaloryczne musli i zastąpię je lajtową, odżywczą owsianką. Tymczasem owsianka wbija mi nóż w plecy.

Kolejnego dnia nałożyłam sobie po prostu mniej wszystkiego, bardziej rozważnie, ponieważ nauczona wiedzą dnia poprzedniego znałam podstępność kaloryczną tych zdrowych produktów. Jako, że po owsiance czuję dłużej sytość niż po musli, zdecydowałam postawić na poranną porcję owsa. Let’s go, wpisujemy to do menu.

Obiad jest ważny. Obiad musi być ciepły. Obiad musi dawać moc. Tylko co tu jeść z takim limitem. Zaczęłam się czuć jakbym miała kupić sobie coś do ubrania do wyznaczonej niskiej – podkreślam, niskiej – kwoty. A przypominam, że jedzenie to przyjemność i musi smakować. Z tego już nie zrezygnuję! Internet mi powiedział, że mogę jeść ryby i warzywa w dużej ilości. Wreszcie! Zapisuję – w dużej ilości warzywa. Pobiegłam do sklepu nakupować warzyw. Nie gardzę mrożonkami ani mieszankami mrożonych warzyw, więc zaopatrzyłam się w kilka paczek. Zakupiłam też rybę. Test kaloryczny wyszedł na 430.

„Niezła ze mnie dietetyczka” – chwalę się w myślach. Oczywiście absolutnie nie ma mowy o przestrzeganiu kolejnych norm, jakie pokazuje mi aplikacja. Tłuszczy, białek, węglowodanów czy węglowodorów. Moja dieta nie jest dietą do naśladowania. Moja dieta jest moją bolączką, próbą życia do limitu kalorycznego i niczym więcej.

Dziś zrobiłam wariację na temat obiadu. Wybrałam inne warzywa oraz pierś z kurczaka. Wyszło 600. Ok, trochę więcej, ale wyczuwalnie bardziej się najadłam, więc spoko – dalej mieściłam się w limicie.

Piszę to popijając Radlera 0% – 36 kcal w 100 ml. A i tak myślę najbardziej o jednym. O tym wspomnianym już tyle razy ukochanym, z którym jestem w separacji. Nie było mowy o rozwodzie, to zbyt kategoryczne, radykalne rozwiązanie. Zrobiliśmy sobie przerwę od siebie na jakiś czas, choć nie muszę sprawdzać siły naszej relacji. Wiem, że jest ona silna. Kiedyś do siebie wrócimy i znów będzie cudownie, jednak już nie tak często jak kiedyś. Nasza miłość będzie tym razem dojrzała, rozważna, wyważona. Mniej kaloryczna.

P.S. Wafelek Mega Grześki w czekoladzie – 48 g to 254 kcal. To tyle samo co (około): 1 pączek / 115 truskawek/ 9 pomidorów/ kotlet z indyka (smażony w panierce)/ kawałek pizzy serowej.

Co gorsze, aby spalić kalorie z Mega Grześka trzeba: bardzo szybko (14 km/h) biec przez 15 minut/ szybko pływać stylem klasycznym przez 21 minut/ jechać na rowerze z prędkością 16-19 km/h przez 32 minuty/ szybko chodzić (5km/h) przez 62 minuty lub – i tu moja ulubiona forma wysiłku – leżeć przez 7 godzin i 11 minut. Uważajcie, żeby nie dostać odleżyn od tego spalania! 😉

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *