Jak nie piłam w ciąży i zostało mi do dziś.

Jak nie piłam w ciąży i zostało mi do dziś.

Dobrze pamiętam dzień, w którym wykonałam pierwszy w moim życiu test ciążowy. Dwie kreski, które się na nim pojawiły były ciemne i wyraźne. Ok. Wzięłam oddech i wykonałam dla pewności drugi. Same same. Krechy takie, że niedowidzący zobaczy.

Jest kilka wyświechtanych momentów w życiu, które często widzimy w filmach, czytamy w książkach ich obszerne opisy itd. Spotykamy się z nimi na tyle często, że można powiedzieć, że doczekały się swoich oczekiwanych schematów zachowań – jak to powinno konkretnie wyglądać. Na przykład, ślub musi być wzruszający, a przed ślubem muszą Ci drżeć ręce, bo inaczej to tylko taka marna podróbka ślubu, a nie to, co ma być i jak powinno wyglądać. Dowiedzenie się o ciąży jest też jednym z TYCH momentów. Powinnam zatem płakać ze szczęścia, jeśli ciąża była planowana lub płakać z rozpaczy czy strachu, jeśli nie. Powinnam rzucić się ze łzami radości na przyszłego ojca dziecka lub zsunąć się plecami po drzwiach łazienki łkając z zaciśniętymi oczami. Fuck this. Nie zapłakałam ani ze szczęścia ani z rozpaczy. Chciało mi się palić, a najchętniej upić się z radości, stresu i uczcić ten stan i nową sytuację, że heloł, ale będę matką. Oczywiście o ile wszystko się uda. 9 miesięcy to kupa czasu, a każdy na około umila ten czas przekazując swoje miernie zakamuflowane obawy, że powinnaś o siebie dbać, bo to różnie bywa. Dzięki Szerloku. Nie miałam o tym pojęcia. Czuję się znacznie lepiej dzięki temu.

Ale nie o tym, nie o tym. Oczywiście w pewnym momencie przeszła przez moją głowę myśl, że “o, będę musiała rodzić”. I miałam tu na myśli “rodzić” jako czasownik. Jako czasownik aktywny, jak “przeć” i w ogóle. Ta perspektywa wydała mi się dość straszna, ale w końcu miałam przed sobą 9 miesięcy ciąży (no, takie świadome 8), więc luz – jeszcze zdążę to przetrawić w głowie. Poza tym zawsze mi się wydawało, że akurat tajemnica narodzin jest tak misternie zaplanowana przez naturę, że będąc w dziewiątym miesiącu ciąży będę miała na tyle dość jej objawów, że akt porodu będzie dla mnie wyczekiwanym wybawieniem. Coś w tym zawsze jest. Obojętnie jaki jest Twój poziom strachu masz po prostu ochotę odzyskać władzę nad swoim ciałem i móc, do cholery!, założyć wreszcie skarpety jak człowiek.

Wracając jednak do meritum. Tak, dwa testy pozytywne oznaczały z początku inne wyzwania niż poród, wielki brzuch czy opuchnięte niczym serdle palce. To na później. To był mniej więcej środek lipca i lato wszędzie. Polskie lato nad morzem, ale jednak. Z początku decyzja była tylko jedna – nikomu nie mówimy. Bo wiadomo, kto był w ciąży to rozumie, a kto nie był to wie, że tę radosną nowinę bezpieczniej przechować w ciszy serca przez pierwsze trzy miesiące. Jak powtarzali mi mędrcy mądrości sekretów życia i świata – wszystko się może zdarzyć.

Los w swej łaskawości zesłał mi niedługo potem (w dniach licząc od 5 do 7 dni roboczych) gości ze strony męża w typie rozrywkowym. Hihihi, fajeczki, piweczko, balkonik, imprezka, Gdynia bulwar, tany tany, wracamy taksówką, a śpimy u Was. Na tydzień. A ja dwie kreski. Dzięki litościwy losie, że zsyłasz mi czelendże, aby moje życie było bardziej wartościowe poprzez udrękę. Cóż miałam zrobić jak tylko powiedzieć w ramach oczekiwanego wyjaśnienia, że biorę antybiotyk i mam szlaban na alko. Przeszło bez dociekań.

A ja rozgrywałam w sobie wewnętrzną walkę. Silna wola vs przyzwyczajenia. Silna wola vs pragnienia. Silna wola vs irytacja, że oni już, a ja nie. A ja nie wcale. I jeszcze pół biedy naprawdę z tym piciem, ale papierosy – to mnie najbardziej kusiło, a nie mogłam. Nie mogłam, bo nie chciałam, pomimo że chciało mi się jak cholera. Poczucie odpowiedzialności, jakie miałam w sobie odkąd pamiętam wspierało stronę “silna wola”. Dasz radę, bo nie możesz, bo jesteś odpowiedzialna. Oczami wyobraźni widziałam czarnawy dym lecący do mikroskopijnego zarodka. Widziałam truciznę, która obejmuje ten bezbronny twór, który sama (no, może PRAWIE sama) powołałam do życia. Damn it, nie mogę. Nie mogę i już.

Odwyk od fajek okazał się mimo wszystko łatwiejszy niż przywyknięcie do abstynencji. Nie wszyscy bowiem palą, ale prawie wszyscy (no dobra, wszyscy) piją. A przypominam, że jest lato i każdy czasami ma ochotę na zimne piwko, czyż nie? Nie mówię tu o chlaniu na umór każdego dnia, ale kiedy masz zakaz w swojej świadomości to naprawdę nie ma znaczenia. Wszyscy biorą piwko, a Ty soczek. O, może piwko? A dla Marietty kuźwa Szłepsa dla odmiany. Przeglądasz smutno krótkie menu z kategorii “napoje zimne”, a tam zestaw rodem z pytań metryczkowych. Pepsi, Coca-Cola, Sprite, Fanta, sok pomarańczowy i jabłkowy (Toma lub Cappy), woda gazowana/niegazowana (Kropla Beskidu lub ewentualnie Perlage z opcją Gazozo). Sprawdźcie kiedyś i wybierzcie sobie coś z tego nie do obiadu, ale do piwa z pozostałymi. Zaszalejcie! Tak, wiem że są jeszcze kawy, herbaty, ale w ciąży masz pewne limity, bo to już jest jednak kategoria “używka”. Teina, kofeina. Jak kokaina i maruhaina – niby trochę można, ale za dużo to też niedobrze.

Anyway, było ciężko przestawić się na opcję “non” latem w klimacie wakacyjnym mieszkając nad morzem kontynuując ściemę z antybiotykiem. W końcu jednak goście pojechali i zrobiło się trochę spokojniej. Kilka razy udowodniłam sobie, że można się bawić bez alkoholu. Miałam często dobre towarzystwo i to wystarczało.

Szczęśliwie, kiedy pojawiło się (samo się pojawiło, oczywiście. Po prostu nagle się pojawiło) moje dziecko udało nam się wzajemnie dostosować do karmienia naturalnego. Szybko jednak okazało się, że odciąganie mleka jest typowo nie dla mnie. Cała ta procedura spotkała się z moim wewnętrznym odrzuceniem, a dając sobie prawo do decydowania o własnym ciele i sposobie karmienia dziecka zdecydowałam, że pozostaniemy przy naturalnym rozwiązaniu w wersji classic, bez pośredniczenia. Byłam już na tyle przyzwyczajona, że nie piję, że perspektywa kontynuowania tego stanu rzeczy nie była już dla mnie żadnym problemem ani argumentem. Tym razem zwyciężyła silna wola reprezentująca karmienie piersią ze względów prozdrowotnych dla dziecka i brak jakichś ogromnych problemów natury psychofizycznej po mojej stronie.
Patrząc dziś z perspektywy czasu na te swoje zmagania z samą sobą odczuwam dumę. Jestem z siebie dumna, że dałam radę pomimo tylu pokus i udowodniłam sobie wielokrotnie, że silna wola to jedyne, czego potrzeba, aby dokonać zmiany. Żadne pastylki, plastry, stopniowe ograniczanie nie będą działać, jeśli sama w duszy nie będziesz chciała przestać. A jeśli będziesz naprawdę chciała przestać to te wszystkie wspomagacze nie będą potrzebne. “Wystarczy”, że założysz sobie, że tego więcej nie zrobisz i to się uda. Nie ma żadnej niewidzialnej siły, która kieruje Twoją ręką po papierosa albo drinka. To Ty kierujesz tą ręką i to Ty podejmujesz decyzję. A ja sobie mogę być taka mądra, bo przez to przeszłam i nikt mi nie będzie mówił, że się nie da skoro wiem, że się da. Niewygodna prawda “nie dla słabeuszy”.

A tak naprawdę sekretem powodzenia jest odpowiednio silna motywacja. To, co nią będzie zależy już tylko od tego, co Cię najbardziej przekona. Nie ma tu uniwersalnych podpowiedzi. Są wszak kobiety, dla których zdrowie własnego tworzącego się dziecka nie jest wystarczającym powodem, aby pokonać złego potwora przyzwyczajenia i brzydkich nawyków. Dla mnie perspektywa bycia odpowiedzialną za spowodowanie ewentualnych szkód była zbyt przerażająca, aby podjąć się takiego ryzyka.

Dla innych najmocniejszym argumentem może być kwestia oszczędności finansowej, dla kolejnego zdrowotnej. A inny właśnie wybielił sobie zęby za kupę kasy i nie chce zrujnować efektu wow poprzez palenie fajek i nie zapali choćby nie wiem co. Najważniejsze to mieć coś, co nas powstrzyma przed “ostatnim”, który nigdy takim nie jest.

A powiem Wam na koniec jeszcze, że prawie po dwóch latach abstynencji jest fajnie. Czuję się dobrze, moje zdrowie psychiczne jest w porządku, a pomimo że się nie resetowałam od dawna to system chodzi i się nie zawiesza.

Każdy może być zwycięzcą. Nie sztuką jest skoczyć na badżi, kiedy nie ma się lęku wysokości i lubi adrenalinę. Nie sztuką jest przejść Runmageddon, kiedy jesteś wysportowany i lubisz taplać się w błocie. Łatwo stawiać sobie osiągalne cele i się tym szczycić. Prawdziwy zwycięzca poszuka sobie ciężkiego zadania, z którym będzie miał problem i udowodni wszystkim, że ma w sobie tyle samozaparcia, że to przejdzie i pokona samego siebie. To jest właśnie najtrudniejsze.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *